IX : Sekret Remusa

Kolacja była wspaniała. Smaki przywoływały Bernadetcie wspomnienia z okresu jej szkolnych lat. Remus też był dużo weselszy. Nie wiedziała czy za sprawą eliksiru czy jej obecności. W pewnym momencie poczuła się jak za starych lat. Potem jednak przypomniała sobie, że ze wszystkich została tylko ich dwójka. Starała się jednak o tym zapomnieć i cieszyć chwilą.
Zanim uczniowie zaczęli rozchodzić się, wszyscy wysłuchali przemowy Dumbledore'a. Ona również miała zamiar już się żegnać.  Nagle usłyszała nad uchem głos Remusa. 
- Masz ochotę na małe wychodne? - zapytał. Zerknęła na niego. Dzisiaj była pełnia. 
- A co z... ? - umyślnie nie dokończyła. - W zasadzie ja też muszę dzisiaj wyjść - dodała jednak po chwili. Czuła głód. Ostatni raz pożywiała się przed przybyciem do Hogsmeade, jakieś cztery dni temu. Wychodne z Remusem nęciło ją.  Już dawno nie spędzili razem pełni. Kiedyś nie mogli tego robić. Zapach Bernadetty prowokował Remusa do ataku. Później, po pewnej nocy, kiedy wymienili się krwią, Remusowi przestało to przeszkadzać i mogli razem polować w Zakazanym Lesie i okolicach. Przypomniała sobie dzień, kiedy dowiedziała się kim naprawdę jest.




Razem z Lily wpadłyśmy do Wielkiej Sali spóźnione. Dobrze, że nasza gromadka siedziała prawie przy wyjściu, więc nasze wejście było zauważone przez mniejszą liczbę osób. Szybko usadowiłyśmy się na swoich miejscach.
- No, no, no. To niecodzienny widok - odezwał się Syriusz. - Spóźniły się dwie najbardziej punktualne czarownice. Zwykle to nasza działka, nie Rogaś? - rzucił do Jamesa. Zgromiłam go wzrokiem. Nic sobie z tego nie robiąc, wyszczerzył zęby. W odpowiedzi zrobiłam to samo, błyskając wysuniętymi kłami. Bądź co bądź, robiły wrażenie. Syriusz zadrżał delikatnie. Od czasu do czasu musiałam przypominać mu z kim rozmawia. Taka terapia wstrząsowa dobrze mu robiła.
- Nie możesz mierzyć się z naszą Bernie, stary - skwitował nasze zachowanie James. - Bądź co bądź, ma z nas najostrzejsze zęby.
- I w każdej chwili mogę cię nimi niechcący podgryźć. Gdzie będzie bolało najbardziej, Łapko? - zapytałam z kpiącym uśmiechem na twarzy. Na tym dyskusja się skończyła. Z braku odzewu, nałożyłam sobie kawałek ciasta. Słodycze miały u mnie zdecydowane pierwszeństwo. Zanim jednak zaczęłam jeść, rozejrzałam się po towarzystwie.
Siedzący obok mnie Remus wyglądał dość niemrawo. Bez większego entuzjazmu grzebał widelcem w swojej kolacji, mrucząc niewyraźnie, kiedy chłopcy o coś go pytali. Szturchnęłam go lekko. Spojrzał na mnie, ale zaraz odwrócił wzrok. Przysunęłam się do niego bliżej.
- Co jest? - szepnęłam tak, by reszta nie słyszała. Choć nie musiałam tego robić - Syriusz skutecznie mnie zagłuszał swoją nową opowieścią.
- Nic - odparł cicho z wzrokiem wbitym w talerz.
- Przecież widzę. Jesteś chory? - zapytałam. Rzeczywiście nie wyglądał dobrze. Twarz miał szarą i napiętą. Zaczęłam się zastanawiać, czy to jakieś przeziębienie czy może zwykłe przemęczenie. W końcu Remus spędzał nad książkami mnóstwo czasu. 
- Nic mi nie jest - rzucił zdenerwowany. Odsunął talerz od siebie i wstał. - Nie jestem głodny. Będę w dormitorium - rzucił do chłopaków, którzy od razu umilkli. Patrzyłam jak Remus  przygarbiony odchodzi w kierunku wyjścia. Zastanawiałam się, czy nie pobiec za nim i nie wytrząść z niego prawdy. Przecież widziałam, że coś się z nim dzieje. Był chory? A może coś go gryzło? Może coś się stało, a on nie chciał powiedzieć? A może bał się czegoś? 
- Lunatyk ma rację. Powinniśmy iść do siebie. Jeszcze nie skończyłem tego wypracowania dla McGonagall, wścieknie się jeśli go jej nie oddam. Choć Łapa, ty też musisz go napisać - usłyszałam Jamesa. Spojrzałam na nich. W mojej głowie zaczęły się rodzić wątpliwości. James nigdy się nie przejmował tym, co nauczyciele myślą, a tym bardziej nie wychodziłby wcześniej z uczty, żeby dokończyć wypracowanie. 
Syriusz spojrzał na niego bez zrozumienia. Chwilę później usłyszałam cichy, głuchy dźwięk. Nagle Łapa podniósł się razem z przyjacielem.
- Taak, masz rację. Muszę to natychmiast zrobić - rzucił szybko. - Choć, bo nie zdążymy - Łapa złapał Jamesa za sweter i pociągnął go do wyjścia. Żadna z nas nie zdążyła nic powiedzieć. Popatrzyłyśmy po sobie nic nie rozumiejąc.
- Wiecie o co chodzi? - zapytała Amy.
Lily pokręciła głową; czoło miała zmarszczone i widać było, że głęboko się zastanawia.
- James dziwnie się zachował. Przecież jego nie obchodzą te wypracowania. Jeszcze nigdy nie udało mi się go zmusić, żeby się za nie zabrał - pokręciła jeszcze raz głową. - Oni coś kombinują. 
- Też tak sądzę - mruknęłam. - Powinnyśmy sprawdzić co się dzieje.
- Popieram – dodała ruda; ona też zastanawiała się co jej druga połowa zamierza. Wszyscy się ze mną zgodzili, nawet Frank, więc szybko podnieśliśmy się z naszych miejsc i wyszliśmy z Sali. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie oni poszli.
- Mówili, że idą do dormitorium. Wątpliwe, ale możemy sprawdzić - powiedziałam, gdy znaleźliśmy się w holu.
- Nie ma sensu, żebyśmy wszyscy tam poszli. Powinniśmy się rozdzielić - wtrąciła Alice. Skinęłam aprobująco.
- Lily, pójdziesz ze mną, Kiara ty z Amy, a wy dwoje razem - wskazałam na Franka i Alice. Wszyscy zgodzili się z takim podziałem. Szybko ustaliliśmy, kto gdzie idzie. Nam z Lily przypadły w udziału wieże. Przypuszczaliśmy, że nasze rozrabiaki szykują jakiś kawał. Truchtem wbiegałyśmy po dwa schodki na szczyt wież. Na samej górze, nawet ja byłam zziajana, za to Lily wyglądała, jakby miała zaraz zejść. 
- Z-zaraz - wydyszała. Złapała się za brzuch i schyliła, oddychając ciężko. - K-kolka.
- Jasne - ja też musiałam odetchnąć parę razy. Kiedy już trochę uspokoiłyśmy oddechy, weszłyśmy na szczyt Wieży Astronomicznej. Noc była przyjemna, rześka, choć dość chłodna.
- Tu ich nie ma - mruknęła Lily. Obie wychyliłyśmy się za krawędź. - Nic nie widać - dodała. Odsunęła się. Już miałyśmy wracać. 
- Czekaj - rzuciłam. - Tam ktoś jest. Szybko. Zobacz, biegnie do wierzby. 
- Nic nie widzę - powiedziała.
- Jest przy wierzbie. To nie jedna osoba, tylko trzy! Kochanie, oto nasze zguby. Szybko, chodź.
Pociągnęłam ją za rękę i wybiegłyśmy z Wieży. Lily nie bardzo wiedziała gdzie biegnę ani co chcę zrobić, a ja nie miałam czasu, żeby jej tłumaczyć. Droga na dół była dużo szybsza i już po dwóch minutach znalazłyśmy się w holu. Nikogo w nim na szczęście nie było, więc ukradkiem wyszłyśmy na dwór. Potem znów biegłyśmy przez błonia. Zatrzymałam się dopiero przy Bijącej Wierzbie. Stosunkowo młode drzewo, miało dopiero pięć lat, a wyglądało pięć razy starzej. Było duże i niebezpieczne. Gałęzie dosięgały każdego kto się do niej zbliżał. 
- To tutaj zniknęli.
- Jak? - zapytała Lily. Zauważyłam, że trochę się telepie. Nie wiedziałam czy z zimna, czy ze strachu. Znała mnie, ale... Wiedziała kim jestem, wiedziała, że przebywanie ze mną mogłoby się źle skończyć. A jednak wciąż tu ze mną była. Uznałam, że to chyba dobrze.  
- Miałam wrażenie, że wierzba znieruchomiała gdy do niej podeszli.
- Co? Przecież ta roślina nigdy nie nieruchomieje. Jak to w ogóle możliwe, że tutaj zniknęli. Może ci się wydawało?
- Nic mi się nie wydawało - powiedziałam cicho. Wskazałam palcem. - Widzisz tam? Dziura, tam musieli wejść - moje uważne obserwacje na coś się jednak zdały. Lily choć mrużyła oczy jak tylko mogła, nie widziała jej jednak. Miałyśmy tylko jedno wyjście. Tylko ja mogłam tam wejść, nie dosięgnięta przez groźne gałęzie. Spojrzałam na Lily.
- Ufasz mi?
- Tak - odparła bez wahania. Poczułam pewnego rodzaju radość.
- Wejdź mi na barana i złap się mocno. Najlepiej zamknij oczy.
- Przecież ja ciebie załamię - odparła lekko przestraszona. Westchnęłam. Chyba jednak zapomniała kim jestem. Jednym sprawnym ruchem posadziłam ją sobie plecach - nie zdążyła nawet krzyknąć. 
- Złap się mocno i zamknij oczy - nakazałam. Nie wiedziałam, czy zrobiła co kazałam. Wystartowałam od razu. Moje zmysły chodziły na najwyższych obrotach. Musiałam unikać gałęzi, skakać i na samym końcu przyspieszyć. Uniknęłyśmy ich cudem. Na końcu czekało nas twarde lądowanie, bo wskoczyłam do dziury. Upadłyśmy na twardą ziemię. Rozległo się głuche tąpnięcie i jęk.
- Żyjesz? - usłyszałam cichy głos Lily.
- Teoretycznie nie. Ale wszystko mnie boli, więc chyba jednak tak - jęknęłam i podniosłam się z ziemi. Miałam rację. Rozejrzałam się. Znalazłyśmy się w tunelu. Niskim, ciemnym i dość wąskim. Złapałam Lily za rękę.
- Jest ciemno, nie przewrócisz się - wytłumaczyłam cicho. Ruszyłam przed siebie. Szłyśmy kilka minut. Tunel wił się i wił, nie wiedziałam dokąd prowadzi. W pewnym momencie usłyszałam głosy. 
- Słyszałaś? - zapytałam Lily. Pokręciła przecząco głową.
- Tam ktoś jest - odparłam. Zaczęłam iść trochę szybciej, uważając jednocześnie, żeby Lily się nie wywaliła. Nagle zobaczyłyśmy smugę światła i coraz wyraźniejsze głosy. Teraz Lily także je słyszała.
Wtedy tunel się skończył. Pojawiły się za to drewniane schody, na które od razu weszłyśmy. Wraz z wejściem do pomieszczenia, zorientowałam się gdzie jesteśmy. Wrzeszcząca Chata. Głosy dobiegały z pokoju tuż obok. 
- Wytrzymaj jeszcze chwilę Luniaczku - bez problemu rozpoznałam głos Jamesa. Spojrzałyśmy z Lily na siebie. Ruszyłyśmy w ich kierunku, starając się iść cicho, żeby nie narobić hałasu, co było trudne, zważywszy na wiek desek pod naszymi stopami. Stanęłyśmy zaraz za framugą i wyjrzałyśmy. 
Cała trójka stała na środku pokoju. James i Syriusz po obu stronach Remusa. W pewnym momencie Lupin zaczął się zmieniać. Dopiero po chwili zorientowałam się co widzę.
Remus był wilkołakiem. Spojrzałam na Lily - ona też już zrozumiała. Poczułam strach o chłopców. Wilkołaki nie lubiły towarzystwa ludzi. Bałam się, że stanie im się jakaś krzywda. Remus pewnie też by sobie tego nie wybaczył. Ale wołając ich zwróciłabym uwagę Remusa. W pewnym momencie James i Syriusz wyjęli różdżki. Zastanawiałam się co zamierzają zrobić. Wewnątrz mnie ciekawość co wykombinowali mieszała się z chęcią ostrzeżenia ich. Jednak Lily nie zauważyła różdżek. Nie zdążyłam jej ostrzec ani powstrzymać. 
- James uciekaj! - wychyliła się i krzyknęła w momencie, kiedy rzucili zaklęcie, którego nie znałam. W ostatniej chwili przed przemianą, oboje rzucili nam przerażone spojrzenia. W tym momencie cała moja uwaga skupiła się jednak na Remusie. Jego żółte ślepia zwróciły się na nas. Lily pisnęła. 
- Nie ruszaj się. Jeśli zaczniesz uciekać, zaatakuje - powiedziałam cicho. Czułam, że zaczyna się trząść. Remus zaczął się do nas zbliżać. W tym momencie spojrzałam na chłopców, zrozumiałam co chcą zrobić sekundę wcześniej. Z obu stron zaatakowali Lupina. Wiedziałam dlaczego. W jednej chwili porwałam Lily, wkładając ją sobie na plecy i pobiegłam. Nie do tunelu, a w stronę wyjścia. Nie mogłyśmy wrócić do zamku. Jeśli prawda o Remusie doszłaby do innych uczniów albo do ich rodziców... Nie chciałam myśleć co by się z nim stało. Nie mogłam mu tego zrobić. Byliśmy tacy sami. 
Dlatego pobiegłam do Zakazanego Lasu. Tam nic nam nie groziło. W każdym razie ze strony uczniów. Bo rozjuszony wilkołak był tuż za nami. W momencie gdy wpadłam między drzewa, Lupin wyskoczył z domu. Zawył i skierował się w naszą stronę. Tuż za nim wybiegli Rogacz w postaci jelenia i Łapa jako pies; teraz już rozumiałam skąd te ich przezwiska.  
- Trzymaj się Lily - rzuciłam do niej. Remus jako jeden z nielicznych mógł mnie dogonić, na moją korzyść działała jednak kilkunastosekundowa przewaga. Zastanawiałam się czyby nie wejść na drzewo. Musiałam jednak znaleźć mocne, które trudno byłoby mu ewentualnie przewalić i takie na które nie mógłby się wspiąć. W końcu znalazłam. 
- Schowaj głowę - rzuciłam znów do rudej. Nie chciałam żeby przez przypadek dostała gałęzią w głowę i zemdlała. Trochę to trwało, ale wdrapałam się. Zdjęłam Lily z moich pleców i posadziłam obok siebie. Palcem pokazałam jej żeby była cicho. Dziewczyna była jednak roztrzęsiona i ciężko oddychała. Bałam się, że nas zdradzi. Chwilę później pod drzewem stanął Remus. Rozglądał się i węszył w powietrzu. W tej chwili wpadło mi coś do głowy. Mogłam go pokonać, byłam szybka i silna. Jedyne czego bałam się to, że mógłby zaatakować Lily. 
Wciąż nie odchodził. W pewnym momencie spojrzał w górę. Miałam nadzieję, że w jego oczach ujrzę choć odrobinę człowieczeństwa. Ale była w nich tylko agresja i zwierzęca bezmyślność. Z drugiej strony zauważyłam nadbiegającego Rogacza. To była jedyna szansa. Złapałam Lily i skoczyłam z drugiej strony tuż przed Jamesa. Posadziłam ją na jego grzbiecie. W jego oczach  widziałam inteligencję. Wiedziałam, że mnie zrozumie. 
- Zabierz ją stąd. Łapa idź z nim - rzuciłam do obojga.
- Bernie, co ty...? - Lily nie dokończyła. James bez wahania zawrócił. Z dodatkowym balastem biegł wolniej. Właśnie dlatego potrzebował Syriusza. Ten jednak ociągał się i nie chciał zostawić mnie samej.
- Biegnij, jest za wolny. Już! 
Posłuchał. W tym momencie odwróciłam się słysząc warkot za plecami. Remus stał naprzeciwko mnie. Czy był sens mówić do niego cokolwiek? Nie widziałam. Ale warto było spróbować.
- Remus? Słyszysz mnie? Opanuj się!
Nie rozumiał. Rzucił się, chcąc pobiec za Jamesem. Wyczuwał zapach Lily. Zablokowałam drogę, nie pozwalając przejść. Warknął na mnie i zaatakował. Z braku lepszego pomysły, złapałam go za łapę i rzuciłam o najbliższe drzewo.
- Przepraszam Remusie. Będziesz mnie jutro za to przeklinał - mruknęłam. Rozjuszony wilkołak zapomniał o wcześniejszym celu. Skupił się całkowicie na mnie i znów zaatakował. O to mi chodziło. 
Wyminęłam go. Jednak wystawione pazury zdążyły zahaczyć o moje ramię. Warknęłam, wystawiając kły. Remus zrobił to samo. Przez chwilę zastanawiałam się, czyby nie złamać mu czegoś. Toby go unieruchomiło. Ale bądź co bądź był moim przyjacielem. Postanowiłam zrobić to tylko w ostateczności. W ciągu kilku kolejnych minut oboje nabyliśmy sporo nowych zadrapań, ja od jego pazurów, on od moich kłów. Zapach krwi prowokował nas oboje do coraz gwałtowniejszej walki.  W ruch co chwilę szły pazury i kły. Starałam się pamiętać, że to mój przyjaciel i nie zatracić się w walce. Obawiałam się, że nieumyślnie mogłabym go nawet zabić. 
W pewnym momencie skoczył na mnie. Nie mając jak uciec,  złapałam za jedną łapę i ścisnęłam. Rozległ się trzask łamanej kości, Remus zawył i opadł na ziemię. Wyszczerzyłam kły, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Remus wycofał się, jego obrażenia były zbyt duże. Walka się skończyła. Zawrócił i ruszył przed siebie. Pobiegłam za nim. Lily i James byli już pewnie niedaleko zamku, ale wolałam nie ryzykować. Remus jednak wrócił posłusznie do Wrzeszczącej Chaty. Usiadł w jednym z pokoi i zaczął lizać łapę. Stanęłam niedaleko wyjścia, w odległości gdy przestawał na mnie warczeć. Tak przesiedzieliśmy do rana. Kiedy słońce zaczęło wstawać, Remus zaczął się zmieniać. Gdy opadł na podłogę zwijając się z bólu, pobiegłam do niego szybko. Nakryłam go znalezionym kocem. Wtedy otworzył oczy. 
- Bernie? Co ty tu robisz? Dlaczego tak cholernie wszystko mnie boli? Co się stało z twoim bokiem? I czemu jesteśmy cali we krwi? - zasypywał mnie pytaniami.
- Przykro mi Remus. Nie miałam wyboru. Twoja ręka i te rozcięcia to moja zasługa. Moje rozcięcia to twoja zasługa - wyjaśniłam pomagając mu usiąść. - Zaraz pomogę ci się uzdrowić - dodałam. Spojrzał na mnie na wpół zdezorientowany, na wpół przerażony.
- Co się stało? Dlaczego ty tu jesteś? Gdzie James i Syriusz? Nic nie pamiętam - jęknął, łapiąc się za głowę.
- Remus, uspokój się. Nic im nie jest. Byłam z tobą cały czas, a im kazałam wrócić do zamku. Poszłyśmy za wami z Lily - zbladł kiedy o tym powiedziałam. Spojrzał na mnie z przerażeniem. - Nic jej nie jest. Chciała ostrzec Jamesa. Chłopcy się zmienili, zaatakowali cię, żeby dać nam czas na ucieczkę. Pobiegłyśmy do Lasu. Wdrapałam się na drzewo. Miałam nadzieję, że odpuścić. Ty jednak zorientowałeś się, że jesteśmy na drzewie. Łapa i Rogacz przybyli w tym momencie, oddałam Lily w ich ręce, żeby zabrali ją do zamku. Ja zostałam, żebyś za nimi nie pobiegł. Swoją drogą, ostre masz te pazury, nieźle mnie pokiereszowałeś – sama nie wyglądałam od niego. Ubranie miałam w strzępach, rozorany cały bok, rany ciągnęły się od pachy aż po biodro. Remus spojrzał na niego, zbladł i wciągnął głęboko powietrze. - Rany były głębokie, toteż trochę czasu minęło zanim zaczęły się goić.
- Bernadetta... ja... tak cię przepraszam. Nie panuje nad sobą, nic nie pamiętam, nie rozpoznaje nikogo jak... jak jestem - zaczął się tłumaczyć. Przycisnęłam mu dłoń do ust.
- Cicho bądź - kłami przecięłam sobie przedramię. Kiedy nadbiegło krwią, pozwoliłam, żeby kilkanaście kropel poleciało na ranę na jego ręce. Resztę przycisnęłam do ust Lupina. - Pij - nakazałam ostro. - Chyba nie chcesz, żeby w szkole cię tak zobaczyli. Zaraz zaczęliby coś podejrzewać - dodałam, kiedy zaczął się opierać. Chyba to do niego przemówiło, bo przestał. Objął moją rękę swoimi dłońmi i przytknął do nich usta. Skrzywiłam się nieznacznie. Zauważyłam, że mniejsze rany zaczęły się goić już po kilku pierwszych łykach. Chwilę później, usłyszałam chrzęst. Ręka wróciła na swoje miejsce i zrosła się. W tym momencie odsunęłam go.
- Nie gniewam się. Ale tylko za to. Bo to, że nie powiedziałeś mi o wilkołactwie nie ujdzie ci na sucho - powiedziałam, kiedy wycierał usta. Remus spuścił wzrok.
- Bałem się, że odsuniecie się ode mnie. Jestem potworem.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Ty idioto. Jak mogłeś tak pomyśleć? A ja to niby nie? Myślisz, że nie bałam się, kiedy powiedziałam wam, że jestem wampirem? Bałam się i to jak diabli. Pierwszy raz sekret poznał ktoś spoza rodziny. A ty nie zająknąłeś się ani razu?
Wyglądał na przybitego.
- Jesteśmy tacy sami Remus. W zasadzie, jestem jeszcze gorszym potworem od ciebie.
- Wcale nie - zaoponował. Spojrzałam na niego.
- Żywię się krwią, zapomniałeś? Zabijałam ludzi, bo nie umiałam się kontrolować. Nie różnię się wcale od Voldemorta.
- Przestań - rzucił ostro. - On zabija dla przyjemności. Bo to lubi. Ty żeby przeżyć. To dwie zupełnie inne rzeczy.
- W takim razie ty także przestań nazywać siebie potworem - wycelowałam w niego palec. Spojrzał na mnie i wiedziałam, że wygrałam. Nagle zdałam sobie sprawę, że siedzimy bardzo blisko siebie. W zasadzie ramię w ramię, twarz przy twarzy. Czułam zapach jego krwi. Zakręciło mi się od niej w głowie. Miałam już się odsunąć, bałam się, że przy takiej ilości nie zdołam się opanować, zwłaszcza, że jestem osłabiona. Jednak w tym momencie Lupin zrobił coś, co kompletnie zbiło mnie z pantałyku. Wyciągnął dłoń, myślałam, że mam coś na twarzy. On jednak pogłaskał mnie po policzku. Kiedy oderwał rękę, palce miał całe w mojej krwi. Nie przewidziałam tego, co chciał zrobić, inaczej bym go powstrzymała. Sięgnął do ust i rozsmarował na nich krew, po czym zbliżył się. Woń dotarła do moich nozdrzy, wołała mnie do siebie. Mimowolnie przybliżyłam się do niego. W tym momencie jego usta spoczęły na moich. Czy tak to sobie wyobrażałam? Nigdy w życiu! Poczułam na nich moją krew. Wyciągnęłam koniuszek języka, by ją zlizać. Remus pogrywał niebezpiecznie. Jeden jego zły ruch dzielił mnie od rzucenia się na niego. Mój język wciąż był na jego ustach, kiedy, specjalnie lub przez przypadek, ugryzł mnie w niego lekko, na co syknęłam ostrzegawczo, po czym jego zęby zjechały i przygryzł sobie wargę. Nie wytrzymałam. Wpiłam się w jego usta. Wyssałam te kilkanaście kropel, które się pojawiły. Później jego język zaczął tańczyć z moim. Nie byłam w stanie myśleć. Wszystkie moje zmysły zwariowały. Poczułam na ciele ręce Lupina, który przysunął mnie do siebie bliżej. Zostawił moje usta zszedł na moją szyję, obsypując ją pocałunkami i delikatnie zahaczając i przygryzając zębami wrażliwą skórę. Zamknęłam oczy z rozkoszy, wplątując palce w jego włosy.
- Remus, my... nie... nie powinniśmy... to... - reszta moich protestów zniknęła pod naporem jego ust, które znów połączyły się z moimi. Były rozpalone, agresywne, wymagające. Przytłaczały mnie. Nie wiedziałam co się z nim stało. Czyżby wciąż jakaś jego część była pod wpływem jakiegoś zwierzęcego instynktu? Czy moja krew to spowodowała? Nie myślałam. Nie obchodziło mnie, co stanie się później. Nie myślałam wtedy o konsekwencjach. O tym, czy nasza przyjaźń przetrwa. Jak wpłynie na nas to, co zrobiliśmy. Czy nie będę znów cierpiała, kiedy to się skończy. Nie myślałam. Po prostu mu się oddałam.
Kiedy obudziłam się obok niego, byłam na podłodze, przykryta kocem. Ręce Remusa obejmowały mnie i nie pozwalały uciec. Słyszałam jego oddech. Spokojny, miarowy. Dopiero wtedy dotarło do mnie, co właśnie zrobiliśmy. Ale czy czułam wstyd? Poczucie winy? Jakąśkolwiek negatywną emocję? Może przez chwilę. Później przypomniałam sobie jak się czułam, będąc w jego ramionach. I poczułam się szczęśliwa, jak chyba nigdy dotąd. Ruszyłam się delikatnie. To od razu obudziło Remusa. Spojrzał na mnie zaspanym wzrokiem.
- Dzień dobry - powiedział cicho, uśmiechając się do mnie szeroko.
- Dzień dobry - odparłam. Później zamilkłam.
- Żałujesz? - usłyszałam nagle. Znów na niego spojrzałam. Wyglądał śmiertelnie poważnie. Wiedziałam, że tak też traktował mnie i to co było za nami. I być może... przed nami. Czy mogłam mu skłamać? Nigdy.
- Nie. Zastanawiam się, co teraz będzie. Czy to przetrwamy. Może się boję. Ale nie żałuję - pokręciłam głową. Jego twarz znów rozświetlił uśmiech, kiedy odgarnął mi z twarzy jeden z kruczoczarnych kosmyków.
- Ja też nie.
Tego dnia, czekała nas jeszcze poważna rozmowa z dziewczynami i resztą Huncwotów. Ale teraz postanowiliśmy nie zwracać na to uwagi i cieszyć się tymi kilkoma ukradzionymi chwilami.




Bernadetta wspominając tę noc i ten poranek... sama nie wiedziała co czuje. Wtedy Remus był młody, świeżo po pełni, kiedy jeszcze targały nim zwierzęce instynkty. Oboje kierowali się wtedy instynktami, ona nie była lepsza. Później wiele myślała o tamtym dniu, ale kiedy odeszła, wszystkie wspomnienia szczelnie zamknęła. Nie spodziewała się, że znów tu wróci. I że on tu będzie. To prawda, że czuła coś do niego, jeszcze przed wydarzeniami w chacie. Ale zwykle to ukrywała. Nie mieli przyszłości. Nie mogli jej mieć, skoro jej życie było dużo dłuższe i nie mogła mu dać pełnej rodziny. Ale... nikt nie kazał im wiązać się na zawsze. Jedna noc. Toby wystarczyło. Chyba.
- W porządku, chodźmy - odparła, starając się powstrzymać emocje. Zastanawiała się, czy Lupin domyślał się, o czym przed chwilą myślała. Jednocześnie miała nadzieję, że tak i nie. Ruszyli do wyjścia razem. Wyszli już z Wielkiej Sali, kiedy usłyszała swoje imię.
Odwróciła się. Tuż za nią, w niewielkiej odległości był Harry. To on wymówił jej imię. Spojrzała na niego pytająco, gdy znalazł się tuż obok niej. Wyglądał na speszonego, jakby nie wiedział od czego ma zacząć i co powiedzieć, żeby jej nie urazić.
- Harry? Mogę ci w czymś pomóc? - zapytała. Wziął głęboki oddech. Sięgnął ręką i identycznym ruchem jak jego ojciec zmierzwił czarną czuprynę.
- No więc... Ty znałaś moich rodziców, prawda?
- Tak.
- Czy... czy mogłabyś mi o nich opowiedzieć? Ja... chciałbym ich poznać. Chociaż w ten sposób - dodał cicho. Czy mogła mu odmówić? Tej jednej rzeczy, która mogła mu choć przez chwilę zwrócić rodziców? Nie mogła, kiedy zza Jamesowych okularów patrzyły na nią oczy Lily.
- Spotkajmy się jutro w wieży Astronomiczej, po śniadaniu – rzekła po długiej chwili namysłu, po czym odwróciła się i ruszyła z Lupinem.

***



2 komentarze:

  1. Hej, jak znajdę czas, obiecuje przeczytać wszystkie rozdziały i ubolewam, że nie mogę zrobić tego od razu, ale niestety. Chciałam tylko zapytać, czy główna bohaterka urodziła się w 1690, czy to błąd i miało być 1960 ;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, też często brak mi czasu :) Jednakże miło mi, że chcesz czytać. I nie, to nie jest błąd, Bernadetta urodziła się w 1690 roku, choć zbieg dat był nieumyślny, dopiero kilka dni temu zauważyłam.
      Również pozdrawiam, Odi :)

      Usuń